Wstęp
„Pamiętnikarstwo od zawsze stanowiło most między prywatną sferą człowieka a zjawiskami szerokiej historii. Literatura pamiętnikarska tworzy odrębną gałąź piśmiennictwa historycznego, dając nieraz wyborne malowidło epoki lub odsłania kulisy ważnych wypadków krajowych, wykracza często wprost na niwę literatury pięknej. Samo określenie pojęcia „pamiętnik” nie jest bynajmniej rzeczą łatwą. Jest to przede wszystkim opis własnych przeżyć i wrażeń.” [2]
Zasadę tę doskonale odzwierciedla działalność Sulechowskiego Towarzystwa Historycznego (STH), które od lat stara się odnajdywać świadectwa pojedynczych osób, by układać z nich bogatszy obraz dziejów. Jednym z takich odkryć okazała się pani Alicja — „Sulechowianka z odzysku”, osoba o pogodnym usposobieniu i wyjątkowej wrażliwości na historię. W jej mieszaniu, po kilku nieudanych próbach spotkania, otworzył się przed badaczem niezwykły świat rodzinnych wspomnień.

Il. 1 - Pani Alicja Modlińska podczas wizyty Andrzeja Kowalskiego
(fot. Andrzej Roch Kowalski - Sulechów, 29.10.2025 r.
Pani Alicja udostępniła STH dwa zeszyty – własnego pamiętnika, wzbogacone czarno-białymi fotografiami z dzieciństwa i młodości rodziców – oraz unikatowe dokumenty po ojcu, żołnierzu legionów. Rozmowa szybko przerodziła się w opowieść prowadzącą od czasów Piłsudskiego aż po współczesność, a zeszyty zostały przekazane do digitalizacji na potrzeby archiwum STH. Spotkania z panią Alicją stały się zarazem ważnym doświadczeniem dla samego badacza, jak i cennym wkładem do zachowania lokalnej pamięci. Na tym tle szczególnego znaczenia nabierają jej własne wspomnienia spisane w latach 2019–2020. To przejmująca relacja z wołyńskiego dzieciństwa przerwanego przez zawieruchę wojenną: okupację, wysiedlenia i ciągłe poczucie zagrożenia. W zapiskach tych odbija się nie tylko los jednej rodziny, lecz także doświadczenia tysięcy Polaków, których dzieciństwo i młodość zostały naznaczone dramatami XX wieku. Pamiętniki pani Alicji, łącząc osobistą perspektywę z szerszą historią, stanowią wartościowe świadectwo epoki. Dzięki nim przeszłość staje się bliska i namacalna — widziana oczami dziecka, które musiało dorosnąć w cieniu wielkich wydarzeń.
Gniazdo rodzinne

Il. 2 – Szczęsny Nadrowski (archiwum rodzinne)
Ojciec Pani Alicji, Szczęsny Nadrowski, urodził się 25.12.1898 roku w Naftołówce, w rodzinie szlacheckiej posiadającej majątek sięgający aż pod Kijów (ojciec Feliks, matka Ludwika z d. Nadachowska). Matka Pani Alicji, Stanisława Nadrowska z domu Gilewska, przyszła na świat w Zofiówce (gmina Malin, pow. Dubno, woj. wołyńskie) 22 listopada 1904 roku i pochodziła ze szlachty zaściankowej.
W 1917 roku, w czasie rewolucji październikowej, bolszewicy wtargnęli do majątku rodziny Nadrowskich. W brutalnym ataku zostali zamordowani dziadkowie Szczęsnego. Ojciec Pani Alicji, aby ocalić życie, wyskoczył przez okno i pobiegł do stajni, skąd wyprowadził wyścigowego konia, rozpędził przez dziedziniec i przeskoczył przez wysoki mur otaczający posiadłość. Podczas ucieczki został lekko ranny w ucho przez kule bolszewików, blizny pozostały mu do końca życia. Po tym dramatycznym wydarzeniu udał się do Krzemieńca, gdzie mieszkał jego stryj, lekarz chirurg.
Po pewnym czasie ojciec wstąpił do wojska. Matka Pani Alicji dorastała w czasach zaboru rosyjskiego, gdy car nakładał wysokie podatki na szlachtę. Jej ojciec, po pewnym czasie, zrzekł się szlachectwa, a majątek został skonfiskowany przez władze carskie. Zmarł później na pylicę płuc, pracując w hucie szkła.

Il. 3 – Akt nadawczy majątku Bortnica – Kraśnica dla Szczęsnego Nadrowskiego z 12 listopada 1921 r. (archiwum rodzinne) [3]
W 1920 roku Szczęsny Nadrowski uczestniczył w obronie Warszawy, w tzw. „Cudzie nad Wisłą”, jako legionista i kawalerzysta. Za zasługi otrzymał od „marszałka Piłsudskiego" 12 hektarów ziemi w osadzie wojskowej Bortnica - Kraśnica koło Dubna (gm. Dubno, powiat dubieński, woj. wołyńskie). Zatwierdzono Aktem Nadawczym z 12 listopada 1921 r. Po ślubie z Stanisławą Gilewską ojciec Pani Alicji dokupił ziemię, zbudował dom, stajnie, chlewnię i stodołę, posadził sad owocowy oraz założył plantację chmielu. Zakupił także las i łąki torfowe, z których torf służył za opał. Gospodarstwo prowadzone przez Nadrowskich było nowoczesne jak na tamte czasy – ojciec hodował do 30 świń, posiadał sześć koni, liczne krowy, drób i pasiekę. Zimą zatrudniano pracowników do opieki nad inwentarzem, a w żniwa – 20–30 robotników.
Dzieciństwo
To właśnie w Kraśnicy, osadzie wojskowej w powiecie dubieńskim na Wołyniu, przyszła na świat Pani Alicja – urodzona rzeczywiście 15 lipca 1931 roku (choć w metryce wpisano rok 1932). Wychowywała się w kochającej rodzinie: ojciec był legionistą i osadnikiem wojskowym, matka – wykształconą nauczycielką. Pierwsze osiem lat jej życia upłynęło w poczuciu bezpieczeństwa, dostatku i rodzinnego ciepła, które na zawsze pozostały w jej pamięci. Pani Alicja często wspomina, jak ojciec w białej płóciennej marynarce i bryczesach wsiadał na konia, aby objechać pola i kontrolować postępy prac. Już od najmłodszych lat chłonęła obraz życia w gospodarstwie, obserwując rytm dnia, obowiązki rodziców i harmonię z naturą, która wypełniała jej dzieciństwo.
Kiedy miała około czterech lat, rodzina pojechała do cioci Józi na święta Wielkanocne. Tam, wśród haftowanych poduszek, oczarowała ją jedna – na czarnym tle jarzębina z czerwonymi koralikami. W zabawie koralik wpadł jej przypadkowo do nosa, a próby rodziców usunięcia go zakończyły się niepowodzeniem. Pani Alicja trafiła najpierw do Dubna, a potem do Lwowa, gdzie chirurg w spokojny, łagodny sposób wyjął przeszkodę. Nagrodą była piękna, czerwona piłka w białe grochy – prezent, który zapamiętała na długo.

Il. 4 – Druga od lewej Stanisława Nadrowska w Kraśnicy (z białej sukience), z prawej autorka pamiętników z ojcem. (archiwum rodzinne)
Dzieciństwo Pani Alicji było pełne energii i ciekawości. Miała nianię Ukrainkę, od której nauczyła się gry na fujarce. Niestety, zabawa przyniosła chorobę – tyfus brzuszny, który niemal zakończył jej życie. Cudem ocalała dzięki cioci Teci - siostra mamy Pani Alicji, która przywiozła wodę z Lourdes. Po kilku dniach picia tej „cudownej wody” znów stanęła na nogi, a lekarz przyznał, że moc Boża jest większa niż jego umiejętności.
Zimowe miesiące na Wołyniu hartowały ciało i charakter dziewczynki. Matka od niemowlęctwa przyzwyczajała ją do zimnych kąpieli i moczenia w wodzie, co ukształtowało odporność na choroby. Ojciec, który marzył o synu, wychowywał córkę jak chłopca. Kiedy miała ok. 7 lat, uczył ją jeździć konno, opiekować się końmi i spędzać czas w stajni. Pani Alicja z radością uczestniczyła w codziennych obowiązkach, bawiła się z chłopcami w palanta, dwa ognie i wspinała na drzewa, nie zważając na podarte sukienki.
Domowe życie było pełne nauki i zabawy. Matka uczyła ją porządków, dbania o ubrania i obowiązków kuchennych. Wieczorami czytano jej bajki i powieści, a wspólne gry w warcaby i słuchanie audycji radiowych wypełniały czas radością i śmiechem. Ciocia Tecia uczyła pisać, recytować wiersze i śpiewać piosenki patriotyczne, kształtując w niej poczucie tożsamości i zamiłowanie do nauki. Szkoła w Dubnie była miejscem pierwszych poważniejszych doświadczeń edukacyjnych – mundurek, szkolne zbiórki i wyjścia do kościoła uczyły dyscypliny i porządku. Wakacyjne podróże z rodzicami, spacery po sklepach i wyjazdy dwukołówką po zakupy kształtowały w niej praktyczne umiejętności i ciekawość świata.
Święta Bożego Narodzenia i Wielkanoc były czasem radości i rodzinnej bliskości. Pamiętała pięknie przystrojone choinki, wspólne dzielenie się opłatkiem z rodziną i zwierzętami, zabawy przy słoikach z konfiturami i letnie popołudnia, kiedy siadała na progu i wsłuchiwała się w pieśni wracających z pól ukraińskich robotników. Ojciec włączał ją również w swoją pracę, zabierając na inspektorskie wizyty po okolicy, co sprawiało jej ogromną radość i poczucie dorosłości.
Dzieciństwo Pani Alicji wspomina z uśmiechem i ciepłem – czas pełen przygód, nauki i odkrywania świata, który ukształtował jej charakter, ciekawość i poczucie bezpieczeństwa w otoczeniu kochającej rodziny.
Okupacja sowiecka (1939–1941): zesłanie na Sybir i ucieczka
Pani Alicja wychowywała się w domu, w którym patriotyzm był obecny w każdym słowie i geście. W pamięci najmocniej utkwił jej wrzesień 1939 roku, kiedy Armia Czerwona wkroczyła na Wołyń w porozumieniu z Niemcami. Zaczęły się prześladowania, aresztowania, rozstrzeliwania i wywozy na Sybir, w tym do Katynia. Nagle życie bogatych ludzi legło w gruzach – zajmowano ich domy, majątki konfiskowano, a polscy żołnierze stali się więźniami. Na przedmieściach Dubna, na wielkim placu otoczonym potrójnym kolczastym drutem, stłoczono ich pod gołym niebem. Mama z pomocą pracujących w domu dziewczyn piekła chleb i przygotowywała mięso, które później wraz z ojcem podawali głodnym i zziębniętym żołnierzom. Alicja, choć dziecko, również brała w tym udział, podając jedzenie między drutami. Niewielu wiedziało, że wkrótce wielu z tych ludzi zostanie wywiezionych do Miednoje i rozstrzelanych.
10 lutego 1940 roku do ich domu wkroczyło NKWD. W ciągu pół godziny kazano im spakować się na wyjazd. W tym czasie w domu mieszkała ciotka, rodzona siostra matki, która również została zabrana, a wraz z nimi dwie kuzynki w odwiedzinach. Służbie nakazano opuszczenie domu, a ludzie mogli zabrać jedynie dwa albumy ze zdjęciami – jedyne pamiątki z tamtego okresu. W chaosie przygotowań matka zemdlała, a enkawudzista groził jej śmiercią. Ojca nie było w domu – wyjechał wcześniej do lasu, by ratować znajomego, który ukrywał się u nich przed represjami. Po jego powrocie transport został zorganizowany: sanie wyruszyły sprzed domu, dzieci siedziały na górze, dorośli szli pieszo za nimi. Podczas drogi Alicja była świadkiem strasznych scen – ciała zamrożonego dziecka, które zostało zabite przez enkawudzistę, zastrzelenia matki innego dziecka. Przerażona i sparaliżowana strachem, Alicja na kilka dni straciła mowę.
Rodzice, mimo własnego cierpienia, starali się chronić córkę. Podczas postoju transportu wywożącego Polaków na Sybir, przy stacji matka włożyła jej do kieszonki obrazek św. Andrzeja Boboli, który Alicja zachowała do dziś jako relikwię. Wtedy też ciotka zabrała ją w tajemnicy, by uniknąć wywózki w ekstremalnych warunkach. Uciekły - brnęły przez zaśnieżone pola, mijając enkawudzistów na koniach, w śniegu po pas, a odwaga ciotki pozwoliła im przetrwać. Dotarły do nieznanej wsi, a następnie do Konstantynówki, rodzinnej posiadłości mamy, gdzie spędziła pierwsze tygodnie pod opieką krewnych. Choć znalazła tam schronienie, tęsknota za rodzicami i trauma wojny pozostawały jej codziennym ciężarem.

Il. 5 – Alicja Nadrowska z psem Żuczkiem (archiwum rodzinne)
Rodzina Alicji została wywieziona na północ, do bezkresnej, mroźnej tajgi w okolicach Archangielska, do miejscowości Zaruba. Mrozy sięgały sześćdziesięciu stopni poniżej zera. Rodzice musieli budować baraki, stawiać prycze, ścinać olbrzymie drzewa i transportować je rwącymi rzekami. Kobiety obcinały gałęzie z ściętych pni, dzieci znosiły je na pryzmy. Warunki życia były nieludzkie – chleb pieczono z zamrożonych otrębów, a niedożywienie i wycieńczenie siały spustoszenie w organizmach. Matka zapadła na awitaminozę, tzw. „kurzą ślepotę”, a ojciec, ciężko chory na żołądek, ledwo mógł chodzić, choć nie przestawał troszczyć się o najbliższych.
Dni mijały w ciężkiej pracy i w ciągłym zagrożeniu. Ludzie pokonywali dziesięciokilometrowe trasy do pracy i z powrotem, spędzając w niej całe dnie przy mrozach sięgających nawet czterdziestu stopni poniżej zera, co powodowało odmrożenia i choroby. Płacono im minimalne wynagrodzenie, niewystarczające do przeżycia. Pomimo tego, w zachowanych do dzisiaj listach pisanych na korze brzozowej, rodzice przekazywali nadzieję i poczucie więzi, które przetrwały próbę czasu. Jeden z wierszy matki przechowywany jest przez Alicję jako talizman, znak siły i przetrwania.
Pod koniec września 1941 roku ojciec dowiedział się potajemnie od rosyjskich sąsiadów, że gen. Sikorski w Londynie podpisał ze Stalinem amnestię dla Polaków wywiezionych na Sybir. Ta wiadomość przyniosła ulgę, ale i lęk – musiał ją przekazać współtowarzyszom niedoli, aby nie sprowadzić na siebie i innych śmierci. W tym czasie, pod opieką ciotki Tekli (wuj Wincenty "Wicek" i Tekla z Konstantynówki - mieli syna Bogdana i córki Romę oraz Krysię), Alicja przeżyła kolejne miesiące w Łucku i Zofijówce, zmieniając miejsca pobytu w zależności od zagrożeń. Ciotka Tekla chroniła ją przed głodem, ciężką pracą i represjami sowieckimi, wynajdywała sposoby, by dziewczynka mogła przetrwać, a później kontynuowała opiekę nawet w trudnych czasach niemieckiej okupacji.
Historia Pani Alicji z okresu okupacji sowieckiej i zesłania rodziny na Syberię to opowieść o niewyobrażalnym cierpieniu, odwadze i wytrwałości. To świadectwo heroizmu rodziców i bliskich, którzy w ekstremalnych warunkach zachowali człowieczeństwo, wiarę i miłość, i którzy dzięki sile charakteru oraz poświęceniu ciotki Tekli zapewnili Alicji szansę na przeżycie i przetrwanie najtrudniejszych chwil wojny.

Il. 6 – Rosyjska mapa sztabowa z 1939 r. – kolorem zielonym zaznaczona Kraśnica [4]
Rzeź wołyńska
Za okupacji niemieckiej (1941-1944) na terenach zamieszkiwanych przez rodzinę powstała banda UPA, tzw. „banderowcy”, nazwana tak od przywódcy Stepana Bandery. Niemcy podburzyli Ukraińców, obiecując im samodzielną, wolną Ukrainę w zamian za wymordowanie Polaków i Żydów. Wkrótce rozpoczęły się okropne mordy. Autorka wspomnień podkreśla, że doświadczenia z dzieciństwa były tak silne, że pamięta je do dziś, z dokładnymi szczegółami, niczym obrazy w kinie. Pisanie pamiętnika odbywało się z przerwami, ponieważ przeżycia te były traumatyczne. Po okupacji sowieckiej w 1943 roku na teren wkroczyli Niemcy.
Ukraińcy zaczęli mordować Polaków. Nie wszyscy jednak byli mordercami – niektórzy współczuli i ukrywali Polaków. Ci, którzy brali udział w zbrodniach, mordowali nawet własnych braci, szczególnie w przypadku małżeństw mieszanych. Na wschodnich ziemiach zamieszkiwała liczna mniejszość narodowa: Polacy, Żydzi, Ukraińcy, Czesi i Niemcy. Wcześniej żyli ze sobą w symbiozie, pomagając sobie nawzajem. Dopiero działalność Bandery i jego nacjonalistycznych zwolenników sprowokowała masowe mordy – około 120 tysięcy Polaków zginęło na Wołyniu.
Początkowo banderowcy napadali nocą na gospodarstwa, mordując ludzi i rabując wszystko, co mogli – zarówno zwierzęta, jak i dobytek. Ludzie chowali się w polach, w zbożu. Autorka wspomnień, jako dziecko, wspięła się na lipę, by obserwować sytuację. Jej ciotka Tekla wraz z Krysią i wujkiem ukrywały się w zbożu. Dom rodziny stał pierwszy po prawej stronie skrzyżowania. Około północy banderowcy zatrzymali się na skrzyżowaniu i naradzali się, dokąd mają jechać. Autorka pamiętnika z trwogą obserwowała zdarzenie z drzewa, a wujek musiał ją siłą ściągnąć, gdyż nie była w stanie zejść.
Nazajutrz rodzina postanowiła uciekać do Łucka. Wujek Lucjan załatwił im dom na przedmieściu z dużym podwórkiem i szopą. W czasie podróży wóz Romci uległ awarii, więc musiała wrócić do rodziny, by naprawić pojazd. Jednak podczas dalszej jazdy przez las Romcia została zaatakowana przez banderowców – Konrad (pomagający prowadzić gospodarstwo ciotce Tekli) został zabity, a Romcia bestialsko zamordowana. Świadkiem zdarzenia był Ukrainiec pozytywnie nastawiony do Polaków, który z oddali obserwował wydarzenie.
Po przybyciu do Łucka rodzina stopniowo zaczęła się osiedlać. Krowy prowadzono na nieużywane lotnisko, gdzie mogły się paść. Wujek zajął się handlem – przywoził jabłka, ziemniaki i inne produkty, a dziecko w wieku 12 lat jakim była Alicja pomagało mu w sprzedaży, traktując to jako zabawę. Żona wujka Lucjana, Olga, mająca pochodzenie niemieckie, początkowo krzywdziła dzieci, zapisując się do folksdojczów zdobywając dla męża dostęp do kartek żywnościowych. Wujek i ciotka Tekla wykorzystywali jednak sytuację, by zdobyć dodatkowe kartki dla Polaków, ryzykując życiem.
Ciotka Tekla wynajęła prywatną nauczycielkę, która uczyła dzieci 5. i 6. klasy. W czasie drugiego frontu, gdy Sowieci nacierali na Niemców, Łuck znalazł się w strefie bombardowań. Rodzina chowała się w schronach. Ciotka Tekla umiała opanować strach i panikę ludzi, wzywając do spokoju i prowadząc wspólne modlitwy.
Pewnego razu ciotka próbowała dostać się do Równego, by odwiedzić dalszą rodzinę. Podczas podróży niemiecka furgonetka, którą jechała wpadła w poślizg, wywróciła się, a znajdująca się w niej butla z kwasem solnym poparzyła ciotkę, zabiła dwóch wojskowych i kierowcę. Ciotka trafiła do szpitala w bardzo ciężkim stanie. Brak antybiotyków utrudniał leczenie, jednak po zakupie penicyliny za dolary i złoto stan zdrowia ciotki zaczął się poprawiać. Rana na nodze utrzymywała się do końca życia, a Alicja wraz z siostrą wujka pomagały jemu w codziennych obowiązkach, w tym w dojeniu krów.
Po wojnie, w 1945 roku, rodzina musiała opuścić wschodnie tereny Polski jako repatrianci, pod naciskiem Stalina. Na mocy ustaleń jałtańskich ziemie wschodnie przypadły ZSRR, a zachodnie, niemieckie – Polsce. Ciotka początkowo nie chciała wyjeżdżać, jednak w końcu cała rodzina opuściła Wołyń ostatnim transportem w czerwcu 1945 roku. Autorka wspominała z żalem ojczyste strony, doceniając wyjątkową urodzajność czarnoziemu wołyńskiego.